No i po debiutach.
Otrzepałam się już z emocji, weszło wyciąganie wniosków i planowanie dalszej pracy:)
Biścik jest moim mistrzem i jest dokładnie w tym miejscu, gdzie być powinien - i to właśnie pokazał na zawodach. Umie bardzo dużo, ale brakuje nam jeszcze doświadczenia na zawodach, obycia w innych emocjach i oczywiście dalszej nauki stricte hopkowej. Będziemy dalej dłubać ;)
Z bardzo miłych akcentów - z kładeczką nie było problemów z odnalezieniem. Dziwił się tylko, że taka wysoka :) Przy komendzie na zakręcanie reagował pięknie. Za to z palisadą było dużo hmm... weselej? Bist nie ogarnął, że przy takich emocjach jakie są na zawodach, trzeba uważać - za pierwszym razem, muszę przyznać, że z dumy serce zabiło mi mocniej ;) Dwa szybkie odbicia, strefka zaliczona i od razu po tym zrobił ciaśniutki zakręt na hopce. Jednak za drugim razem Bistowi wyszło Kamikaze Samobój na całego - wybił się szaleńczo w niebo niczym Tiny Wings. Kiedy zaczął pikować w dół na prawdziwego iXa, postanowił jeszcze chociaż jedną łapą zaliczyć strefkę... Skutkiem był upadek na pysk, który tak mnie zestresował, czy aby chłopak jest w całości, że zeszłam w końcu z toru...
Wariat z niego do potęgi.
Przy okazji zadebiutowałam na zawodach z moimi butkami X-Talonkami 212 pieszczotliwie zwanymi Pszczółkami (trochę musiałam na nie zapracować - stąd taka ich celebracja) :) Podłoże pozwoliło mi całkowicie wykorzystać ich wspaniałe moce. Zasuwało mi się w nich baaardzo przyjemnie.
Jeżeli ktoś z Was szuka do agility lekkich, trzymających się mocno podłoża i stopy, sprężystych butów - to Inov-8 jest najlepszym wyborem. Są stworzone do ciężkich agilitowych warunków ;)
Poniżej prześliczne zdjęcia szalonego superhero autorstwa Pauli i Alicji! Czyż nie jest przepiękny? ;)
niedziela, 3 marca 2013
poniedziałek, 18 lutego 2013
sesja się skończyła!
Uf, jestem już po wszystkich szkolnych egzaminach i znów w wolnym czasie spokojnie siedzę sobie nad stronką :)
Uzupełniłam pierwsze kilka lat zawodów i udało mi się znaleźć w domowym archiwum zdjęcie z 2002 roku z Heniem w Płocku :)
Ćwiczę też z Biścikiem kładkę, ponieważ w piątek jedziemy na zawody. Po sesji i dzięki trochę bardziej sprzyjającej pogodzie mam ku treningowi sposobność w końcu :) Do zeszłej niedzieli chłopak tę przeszkodę w całości widział dosłownie kilka razy... A więc oto są efekty na dzień dzisiejszy z kilku treningów na placu w poprzednim tygodniu:
Ja jestem zakochana :)
Uzupełniłam pierwsze kilka lat zawodów i udało mi się znaleźć w domowym archiwum zdjęcie z 2002 roku z Heniem w Płocku :)
Ćwiczę też z Biścikiem kładkę, ponieważ w piątek jedziemy na zawody. Po sesji i dzięki trochę bardziej sprzyjającej pogodzie mam ku treningowi sposobność w końcu :) Do zeszłej niedzieli chłopak tę przeszkodę w całości widział dosłownie kilka razy... A więc oto są efekty na dzień dzisiejszy z kilku treningów na placu w poprzednim tygodniu:
Ja jestem zakochana :)
sobota, 16 lutego 2013
na zawodach: w 2001 i 2002 roku
Po rozpoczęciu w październiku treningów, już w grudniu pojawiła się możliwość sprawdzenia swoich sił na zawodach w Warszawie :) Czasy były zacne - śnieg, mróz niestraszny nikomu! Wszyscy (ok. 30 osób) dzielnie stawiało się na starcie, biegali z psami i wytrwali do końca zawodów. Zgłoszeni z Henrykiem byliśmy do klasy A0 i zajęliśmy w przebiegu Agility 2 miejsce :) Pobiegliśmy też IAL - i dobiegliśmy do końca, mimo nie nauczonego jeszcze slalomu! ;) Prowadzenie za rączką rządzi! Razem z nim przez świat! ;)
Po tak fajnym debiucie przyszło nam trochę poczekać na kolejne zawody - byliśmy zgłoszeni na zawody IAL w Pęcicach w marcu, ale niestety pan Henryk się przeziębił i nie ryzykowaliśmy. Za to w maju pojechaliśmy z pełnią sił na zawody do Płocka - bardzo przeżywałam nasz pierwszy wyjazd za miasto - to już poważna sprawa była! ;) Presja, którą na siebie nałożyłam była tak duża, że sukcesów żadnych nie odnieśliśmy, ale to nic - nauka nie poszła w las!
W październiku wystartowaliśmy na trzecich w naszym życiu zawodach - tym razem pod Warszawą. Wydawało mi się, że już tyle umiemy, że chyba więcej nie da się z tym agility zrobić. Cóż... nie jesteśmy doskonali, grubo się myliłam! :D Wystartowaliśmy pierwszy raz w klasie dla zaawansowanych, czyli Open. Tory z tego dnia do dziś śnią mi się po nocy. I pełne powagi rozmyślania, jak zrobić zmianę przed slalomem, żeby być po jego lewej stronie (bo inaczej nie potrafiliśmy)! ;)
Po tak fajnym debiucie przyszło nam trochę poczekać na kolejne zawody - byliśmy zgłoszeni na zawody IAL w Pęcicach w marcu, ale niestety pan Henryk się przeziębił i nie ryzykowaliśmy. Za to w maju pojechaliśmy z pełnią sił na zawody do Płocka - bardzo przeżywałam nasz pierwszy wyjazd za miasto - to już poważna sprawa była! ;) Presja, którą na siebie nałożyłam była tak duża, że sukcesów żadnych nie odnieśliśmy, ale to nic - nauka nie poszła w las!
W październiku wystartowaliśmy na trzecich w naszym życiu zawodach - tym razem pod Warszawą. Wydawało mi się, że już tyle umiemy, że chyba więcej nie da się z tym agility zrobić. Cóż... nie jesteśmy doskonali, grubo się myliłam! :D Wystartowaliśmy pierwszy raz w klasie dla zaawansowanych, czyli Open. Tory z tego dnia do dziś śnią mi się po nocy. I pełne powagi rozmyślania, jak zrobić zmianę przed slalomem, żeby być po jego lewej stronie (bo inaczej nie potrafiliśmy)! ;)
![]() |
| IAL#2 Płock, Jumping 0 |
czwartek, 10 stycznia 2013
Powrót do żywych ;)
Ponieważ sesja zbliża mi się wielkimi krokami, postanowiłam zająć się zaktualizowaniem strony, którą zaniedbywałam dwa lata.
Po prawej stronie są rezultaty :)
Będę starała się na bieżąco dodawać nowe zawody i zdarzenia z naszego (tzn mojego i psów) agilitowego życia. Natomiast w najbliższym czasie dodatkowo zajmę się aktualizowaniem mojego archiwum - postaram się chronologicznie... ;)
Enjoy!
Po prawej stronie są rezultaty :)
Będę starała się na bieżąco dodawać nowe zawody i zdarzenia z naszego (tzn mojego i psów) agilitowego życia. Natomiast w najbliższym czasie dodatkowo zajmę się aktualizowaniem mojego archiwum - postaram się chronologicznie... ;)
Enjoy!
czwartek, 10 marca 2011
Halo, czy to wiosna?
Jak to cudownie zacząć sezon. Od razu człowiekowi chce się więcej spędzać czasu na dworze. Jest już troszeczkę cieplej, śnieg odszedł w niepamięć tfu tfu i dzień jakiś taki dłuższy... Wiosna?
I do tego w weekend zawody w super towarzystwie na Słowacji, gdzie sędziuje Mia. I LIKE IT!
I do tego w weekend zawody w super towarzystwie na Słowacji, gdzie sędziuje Mia. I LIKE IT!
wtorek, 1 marca 2011
Po Sycowie
Zaczął się nam kolejny sezon (dziesiąty!). Tak jak w zeszłym roku - od zawodów kwalifikacyjnych do Mistrzostw Świata. Tym razem w Sycowie pod Wrocławiem.
Sędzią zawodów była moja ukochana Mia Laamanen. Jest mega sympatyczna, mega konsekwentna, ustawia wymagające, ale przyjemne i płynne tory, przy tym jest mega pewna siebie i sędziuje sobie ze słuchawkami na uszach (ciekawe czego słucha?) :) Tak bardzo cieszy mnie bieganie po jej torach, że z rozpędu między przebiegami zgłosiłam się na jeszcze jedne zawody, które sędziuje. Za dwa tygodnie będę biegała z burkami na Słowacji. Nie mogę się doczekać!
Poza tym to chyba już jest u mnie normą, że pierwsze starty dopiero budzą mnie ze snu zimowego. Na początku zastanawiam się co ja właściwie na tych zawodach robię. Nie pamiętam toru, nie wiem gdzie mój pies jest, nie wyczuwam kiedy i gdzie powinnam się znaleźć. Następnie zaczynam źle się z tym czuć – ‘Jak to? JA się gubię na torze? JA nie ogarniam?’- i zaczynam biegać coraz lepiej. Przy końcówce jestem już sobą, która dokładnie wie gdzie i po co. Z przykrością stwierdzam, że wtedy zazwyczaj też nic nie wygrywam, co wprowadza mnie w lekki stan niedowartościowania. Jednak zawsze coś dobrego z tego wychodzi – tym razem zakwalifikowałam się z Tolą na Mistrzostwa Świata Agility Owczarków Belgijskich, a Kłaczkowe ogarnięcie proporcjonalnie wzrasta do obniżania dawki leków. Mam wrażenie, że koleżko też zaczyna wiedzieć gdzie, jak i po co :)
Jeszcze na zakończenie - to co robimy we FreeXowym gronie - "To my przyjechałyśmy na zawody? A nie na konkurs piękności?" :) Bujać w obłokach też lubimy.
środa, 2 lutego 2011
Zahibernowani
Stałam się pilną studentką. Sesja oderwała mnie od rzeczywistości. Czas, mam wrażenie, że w międzyczasie nieźle popędził. Już luty! Zawody za dwa tygodnie. Zima mnie i moje psy prawie zahibernowała. Robimy trochę sztuczek w domu i trochę szaleństw na murkach i płotkach ogradzających trawniki, coby belgi ćwiczyły umysł i ciało. Mój umysł intensywnie pracuje, ale ciało średnio, więc na torach Mii Laamanen (nota bene mojej ukochanej sędziny) może być lekka klapa kondycyjna. W te kilkanaście dni przydałoby się trochę rozruszać zasiedziałe kości.
Chciałam też się przed Wami pochwalić świeżo powstałą stroną klubu FreeX, w którym intensywnie się udzielam. www.freexy.pl - będę tam razem z resztą tego szalonego teamu mocno spamować i Was też serdecznie do tego zapraszam! :)
piątek, 31 grudnia 2010
Z cyklu "Poradnik trenera osobliwego"
Dzień mocno pracujący.
Po trzynastu godzinach przebywania w pracy najlepszym sposobem na zesztywniałe ciało jest poddanie się działaniom niewybieganych psów i pogody aktualnie panującej. W zimie gonitwa po puchowym śniegu, ćwiczenie różnych elementów agility i wojna na śnieżki to świetne sposoby nie tylko na rozprostowanie kości, ale również na dotlenienie się i zrelaksowanie. Należy jednak uważać przy kopaniu śniegu butem, ponieważ można trafić na lód i uszkodzić sobie kolano. Co może trochę boleć.
Po trzynastu godzinach przebywania w pracy najlepszym sposobem na zesztywniałe ciało jest poddanie się działaniom niewybieganych psów i pogody aktualnie panującej. W zimie gonitwa po puchowym śniegu, ćwiczenie różnych elementów agility i wojna na śnieżki to świetne sposoby nie tylko na rozprostowanie kości, ale również na dotlenienie się i zrelaksowanie. Należy jednak uważać przy kopaniu śniegu butem, ponieważ można trafić na lód i uszkodzić sobie kolano. Co może trochę boleć.
sobota, 4 grudnia 2010
MŚA, czyli Mistrzowski Przebieg!
Jest! Nasz pierwszy ;)
Nasz pierwszy czysty przebieg na Mistrzostwach Świata Agility. I naprawdę mi się podoba. Tola - radosna, rozszczekana, uchachana, przebiegła po palisadzie! i wszystko w bardzo fajnym tempie. Ja - w miarę wyluzowana, nie skradałam się na start, z sytuacji kryzysowej wyszłam zwycięsko (po ostatnim tunelu planowałam co innego) i spontaniczność nawet wzięła górę (czyli rączki w górę!).
Tak. Tola jest moją Mistrzynią!
Nasz pierwszy czysty przebieg na Mistrzostwach Świata Agility. I naprawdę mi się podoba. Tola - radosna, rozszczekana, uchachana, przebiegła po palisadzie! i wszystko w bardzo fajnym tempie. Ja - w miarę wyluzowana, nie skradałam się na start, z sytuacji kryzysowej wyszłam zwycięsko (po ostatnim tunelu planowałam co innego) i spontaniczność nawet wzięła górę (czyli rączki w górę!).
Tak. Tola jest moją Mistrzynią!
środa, 17 listopada 2010
Równowaga
Obserwuję Gabrielle i jej psy od dłuższego czasu poprzez profil na Youtube. I im dłużej na nią patrzę, tym bardziej ją podziwiam, szanuję i zazdroszczę! I kibicuję z całego serca!
Spójrzcie na ten jej spokój! Ma niesamowicie temperamentnego psa, i im bardziej on jest nakręcony, tym ona jest spokojniejsza. I to dla mnie jest jeden z kluczy do sukcesu. Umiejętność balansowania i równowagi w teamie.
środa, 3 listopada 2010
MŚA, czyli kto rządzi?
Całe Mistrzostwa obserwowałam bacznie jak zmienił się poziom od zeszłego roku, jaka technika najbardziej się sprawdzała i z jakimi predyspozycjami psy osiągały najlepsze wyniki. Zauważyłam, że na najwyższych miejscach lokowały się pary, w których przewodnik pozwalał psu biec z przodu i nie narzucał mu się za bardzo swoją osobą. W dodatku, te psy do wybitnie skręcających się nie należały (takie znajdywały się niżej). Za to miały świetnie rozwiniętą masę mięśniową i były bardzo bardzo szybkie.
Są pary, które zawsze robią na mnie ogromne wrażenie. Obserwuję też, jak z roku na rok ewoluuje ich styl. Zawsze intensywnie kibicuję:
- Natashy Wise z Dizzy. Natasha bardzo imponuje mi swoim opanowaniem i ciągłym uśmiechem na twarzy! Wchodzi na tor, wykonuje swoją robotę i po prostu wygrywa. Do tego zawsze wybiera najbardziej optymalną trasę. Ma wszystko bardzo dobrze przemyślane.
- Silvii Trkman z La i Bu. Silvię uwielbiam za to, jaki promuje styl życia. Z psami. Nie tylko na treningach, ale na wycieczkach nad morze, w góry i na miasto też. Bardzo podoba mi się, że tak bardzo podkreśla, że rozumienie się z psem na co dzień przekłada się w bardzo dużym stopniu na wyniki na torze. Święta prawda!
- Sarze Lorentzen z Simic. Wysoka, dobrze zbudowana kobitka, a biega jak prawdziwa baletnica. Uwielbiam ją za to, jak bardzo jest czytelna w prowadzeniu.
- Daveowi Munningsowi z Dobbym. Są świetni. Zawsze uśmiechnięci. Dave, tak jak Natasha, nic sobie nie utrudnia. Wybiera trasę optymalną i zawsze jest bardzo czytelny dla psa.
- Antonio Molina Aragonesowi z Angie. Ta para jest bardzo widowiskowa. Antonio zawsze komplikuje sobie życie. Robi wszystko na opak, biega przygarbiony krokiem dostawnym i macha łapami. Mimo to, Angie robi wszystko jak należy, chyba jako jedyna na hali wie o co chodzi. Często z przerażenia zasłaniam oczy, bojąc się, że to co wyprawia Antonio zaraz skończy się dyskwalifikacją. Uwielbiam ich. Zawsze przynoszą dużo emocji i wprawiają mnie w zadumę, jak bardzo alternatywnie można prowadzić psa.
- Jeremiemu Chomienne z ADSL. Jak na prawdziwego Francuza przystało, biega jak opętany. To, jakie tempo osiąga na torze, jest dla mnie niesamowite.
Szkoda tylko, że wszyscy Ci, którzy są dla mnie wzorem, posiadają border collie. Więc w kwestii techniki muszę przełożyć wszystko na owczarka belgijskiego, który porusza się i myśli inaczej niż border.
Są pary, które zawsze robią na mnie ogromne wrażenie. Obserwuję też, jak z roku na rok ewoluuje ich styl. Zawsze intensywnie kibicuję:
- Natashy Wise z Dizzy. Natasha bardzo imponuje mi swoim opanowaniem i ciągłym uśmiechem na twarzy! Wchodzi na tor, wykonuje swoją robotę i po prostu wygrywa. Do tego zawsze wybiera najbardziej optymalną trasę. Ma wszystko bardzo dobrze przemyślane.
- Silvii Trkman z La i Bu. Silvię uwielbiam za to, jaki promuje styl życia. Z psami. Nie tylko na treningach, ale na wycieczkach nad morze, w góry i na miasto też. Bardzo podoba mi się, że tak bardzo podkreśla, że rozumienie się z psem na co dzień przekłada się w bardzo dużym stopniu na wyniki na torze. Święta prawda!
- Sarze Lorentzen z Simic. Wysoka, dobrze zbudowana kobitka, a biega jak prawdziwa baletnica. Uwielbiam ją za to, jak bardzo jest czytelna w prowadzeniu.
- Daveowi Munningsowi z Dobbym. Są świetni. Zawsze uśmiechnięci. Dave, tak jak Natasha, nic sobie nie utrudnia. Wybiera trasę optymalną i zawsze jest bardzo czytelny dla psa.
- Antonio Molina Aragonesowi z Angie. Ta para jest bardzo widowiskowa. Antonio zawsze komplikuje sobie życie. Robi wszystko na opak, biega przygarbiony krokiem dostawnym i macha łapami. Mimo to, Angie robi wszystko jak należy, chyba jako jedyna na hali wie o co chodzi. Często z przerażenia zasłaniam oczy, bojąc się, że to co wyprawia Antonio zaraz skończy się dyskwalifikacją. Uwielbiam ich. Zawsze przynoszą dużo emocji i wprawiają mnie w zadumę, jak bardzo alternatywnie można prowadzić psa.
- Jeremiemu Chomienne z ADSL. Jak na prawdziwego Francuza przystało, biega jak opętany. To, jakie tempo osiąga na torze, jest dla mnie niesamowite.
Szkoda tylko, że wszyscy Ci, którzy są dla mnie wzorem, posiadają border collie. Więc w kwestii techniki muszę przełożyć wszystko na owczarka belgijskiego, który porusza się i myśli inaczej niż border.
MŚA, czyli jak zdobywałyśmy z Tolą Mistrzowskie Tory
To był nasz trzeci start na Mistrzostwach Świata Agility (piąty, biorąc pod uwagę Mistrzostwa Świata Agility Owczarków Belgijskich). I jak dotąd najdojrzalszy.
![]() |
| fot Iztok Noc |
Na Mistrzostwach w Szwajcarii w 2006 roku byłyśmy totalnymi świeżynkami. Tola ledwo miała skończone 3 lata, a ja 18stoletnia wtedy panienka, byłam totalnie nieprzystosowana psychicznie do takich imprez. Mimo to, radziłyśmy sobie bardzo ładnie. Był lekki strach, że Szara może bać się hali i hałasów. Jednak nic takiego się nie wydarzyło. Była nawet bardziej zrelaksowana niż ja – tak dla kontrastu.
W Austrii w 2009 roku miałam już postawione cele. Pomachanie na starcie okazało się największym wyzwaniem. Była ze mną wspaniała ekipa kibicująco-wspierająca, dzięki której dotrwałam do końca z uśmiechem na twarzy. Na torach Tolcia była bardzo ogarnięta i miała piękne tempo. Ja natomiast raz wyprowadziłam ją ze slalomu, a drugi raz wysłałam na inną przeszkodę.
![]() |
| fot Kees Stoel |
W tym roku, w Niemczech, z ekipy Kosmosu byłam jedyna. Do tego, pierwszy raz przygotowywałam się do zawodów na treningach – starałam się zmienić Toli fatalną opinię o palisadzie. Spowodowało to, że na ostatnim treningu przed zawodami, biegała sobie w przód, nic sobie nie robiąc z moich błagalnych wrzasków.
Same zawody były bardzo przyjemne. Dzięki ogarnięciu naszej Teamleaderki nie musiałam myśleć o żadnych sprawach organizacyjnych. Zajmowałam się oglądaniem przebiegów, kibicowaniem swoim idolom, nawiązywaniem nowych znajomości i relaksowaniem się.
Pierwszą próbę sił miałyśmy już w czwartek. Był nią trening – jednak się nie dałyśmy i potraktowałyśmy go z Tolą jedynie jako zapoznanie się z przeszkodami i podłożem. W sobotę na Jumpingu Krecik zdał na 100%. Ja, powiedzmy, na 85%. Straciłam trochę punktów przy wymierzaniu odległości między przeszkodami, i na torze posłałam Tolę na skok w dal, który znajdował się obok przeszkody, na którą biegłyśmy. Jednak to nie zmieniło mojego pozytywnego nastawienia do tych zawodów. Dzięki temu, finałowy przebieg obie zaliczyłyśmy już na 100%. Ona radośnie zasuwała (i bez zwolnienia zaliczyła strefę na palisadzie!), a ja dzielnie i sprawnie poprowadziłam ją do mety. Przed startem w ramach ćwiczeń pomachałam polskiej ekipie i przyjrzałam się kibicom na hali. To był nasz pierwszy tor na Mistrzostwach Świata, który przebiegłyśmy na czysto.
Czekam jeszcze na jeden filmik - z naszego drugiego przebiegu. Sama jestem ciekawa jak nasze szaleństwa wyglądały z boku.
Podsumowując nasze wyczyny i patrząc na to subiektywnie - uważam, że zrobiłyśmy bardzo duże postępy treningowe i mentalne. Znaczy to, że cały czas się rozwijamy. A w agility, jak w każdym innym sporcie, brak postępów to śmierć.
wtorek, 2 listopada 2010
UŚCISKI
CHCIAŁAM WSZYSTKIM,
KTÓRZY TAK NAMIĘTNIE DO MNIE PISALI I DOPYTYWALI JAK MI IDZIE Z TOLĄ,
BARDZO BARDZO MOCNO PODZIĘKOWAĆ
ZA PAMIĘĆ, DOBRE SŁOWA I WIARĘ W NASZE MOŻLIWOŚCI.
CZUŁAM,
JAKBYŚCIE WSZYSCY RAZEM ZE MNĄ BYLI NA TYCH ZAWODACH.
TO SIĘ NAZYWA POZYTYWNE WZMOCNIENIE!
STRASZNIE SIĘ CIESZĘ,
STRASZNIE SIĘ CIESZĘ,
ŻE MOGĘ WAS WSZYSTKICH ZNAĆ! :)
poniedziałek, 1 listopada 2010
komfortowe Mistrzostwa Świata Agility
Zauważam, że na zawodach takiej rangi, z roku na rok, wszystko zmierza w kierunku bezpieczeństwa psa. Organizatorzy dwoją się i troją, by zwiększyć komfort psich i ludzkich zawodników.
Podłoże w poprzednich latach było bardzo profesjonalną wykładziną. Grubą, miękką, ale powodującą różne niespodziewane sytuacje na torze. Np. na Mistrzostwach w Montichiari w 2004 roku, uczestnicy za każdym razem ostro zakręcając podwijali wykładzinę, bądź po prostu się na niej wywalali. Co roku pojawiały się filmiki z różnymi wpadkami. Często były to właśnie upadki przewodników i ich następstwa (głównie nie w tej kolejności pokonywane przez psa toru).
Przeszkody, mimo polecania w regulaminie drewnianych, usilnie ustawiane były aluminiowe. W 2009 roku pojawił się nawet metalowy murek i skok w dal. Wszystkie raczej z ostrymi kantami. Więc kiedy pies potrącił mur, ten wydawał z siebie wielki huk. A psy, co bardziej szalone, dosyć mocno obrywały, kiedy obijały się o stacjonaty.
Pomieszczenia, w których trzymane były psy, najczęściej były wielkimi namiotami przed halą, lub jak w zeszłym roku, sąsiednią halą. Wszystko to w ogromnym hałasie. Co chwilę wymiana psów, szczekanie tych niecierpliwszych, przez co reszta raczej nie wypoczywała.
Hala rozgrzewkowa nie istniała. Natomiast istniało coś takiego jak ring przygotowawczy – czyli wydzielone na hali nieduże pola dla zawodników czekających na swój start. I tu zeszły rok należał do najbardziej nieprzyjaznych. W kolejce, już na płycie, czekało 5 par w powydzielanych kartonowymi ściankami przestrzeniach. Co delikatniejsze lub bardziej rozemocjowane psy miały problem z wyczekaniem w skupieniu na swój start. Do tego był zakaz wnoszenia jedzenia i zabawek na halę. Przy psach potrzebujących większej motywacji niż tylko sam start, trzeba było się nieźle nagimnastykować, aby przekonać go, że warto brać w całej akcji udział.
Jeżeli chodzi o tereny do spacerowania, to z tym zazwyczaj nie było problemu. Dookoła były spore przestrzenie, gdzie można było w ciszy zrelaksować się ze swoim psim zawodnikiem.
Wszystkie te elementy bardzo wpływały na jakość przebiegu każdej pary. Bardzo duże znaczenie miały umiejętności adaptacyjne. Wysoko plasowali się ci, którzy potrafili odnaleźć się w takich warunkach i potrafili dostosować je pod kątem swojego psa.
Wreszcie w tym roku w Niemczech zawody okazały się nadzwyczaj przyjazne. Mistrzostwa odbywały się na terenie dostosowanym do organizacji zawodów hippicznych. Hala była ogromna, wszyscy kibicie mieli odpowiednio dużo miejsca na rozłożenie swoich rzeczy. Nikt nikogo nie podsiadał. Podłoże było piaskowo-glinkowe, przez co nikt się nie ślizgał, a każdą nierówność wystarczyło przejechać grabkami (nie było mowy o robiących się dziurach). Przeszkody były drewniane ze spiłowanymi kantami. W wyciszonych pomieszczeniach, gdzie można było trzymać swoje psy, dla każdego kraju wyznaczone były duże końskie boksy. Pojawiło się coś takiego jak hala rozgrzewkowa (równie duża co hala główna) – każdy zawodnik miał prawo wejść na tor przed swoim przebiegiem i porobić ćwiczenia jakich potrzebował. Również kolejka zawodników na płycie była znacznie mniejsza (3 pary) na wyznaczonych większych polach. Przestrzenie wkoło hali, można powiedzieć, że idealne. Ogromne pola, dalej lasy. Było gdzie chodzić, a przy okazji sympatycznie spędzić czas z innymi zawodnikami.
Liczę na to, że Komisja ds. Agility zobaczyła różnicę i w przyszłych latach będzie dążyć do tego typu udogodnień jakie pojawiły się w tym roku. Moim zdaniem, dzięki takim zabiegom poziom Mistrzostw wzrasta. Stają się coraz bardziej profesjonalne. A przy okazji pojawiają się nowe wzorce dla organizatorów zawodów o mniejszej randze. I też one stają się bardziej profesjonalne i komfortowe.
środa, 22 września 2010
Podsumowując MPA
No i po Mistrzostwach.
Przyjemnie, bo blisko.
Można było pójść wieczorem do ulubionej kawiarni na Freta, a nie szukać czegoś po obcym mieście. Wcześniej nie bawiły mnie zawody pod domem. Nie miały klimatu, który towarzyszy wszystkim imprezom wyjazdowym. I owszem, w Warszawie dalej tego nie ma. Natomiast ostatnio pojawiło się coś innego, co przyszło z modą na nocowanie po znajomych zawodników z innych miast. Rewelacja! Prawie jak w ciasnym hoteliku. Tyle, że z własnym łóżkiem ;)
Przyjemnie, bo cele osiągnięte.
Z Kłakiem chciałam biegać spokojnie, dawać mu na wszystko czas, standardowo pilnować stref bez napierania na niego ciałem, przy trudnym torze zrobić do któregoś momentu i zakończyć na tunelu. Odkąd żyję z chorym na padaczkę psem, zmieniam definicję jego agility i mojego właściwie też. Mam wrażenie, że biegam już z innym Kłakiem i uczę się go od nowa. I na tych zawodach znów zrobiliśmy mały krok w przód. Biegałam aż nadto spokojnie i momentami flegmatycznie (bo spokojnie, nie znaczy flegmatycznie, o czym na początku zapomniałam), strefy wyszły piękne za każdym razem i kończyliśmy przebieg na czymś prostym, zanim Czarny miał szansę wpaść w swój nerwowy odjazd. Wspaniale! Dzięki temu mamy ze dwa zaliczone tory - w tym jeden z jedną tylko zwaloną tyczką!
Na filmie jest nasze A2 z uroczym komentarzem Justynki. To jest bieg, w którym:
- wyratowałam się z zaskoczenia, że Kłak może inaczej zrozumieć moją gestykulację (na 3 przeszkodzie)
- cwaniara chciałam szybciej znaleźć się przy kładce, nie dając Bestii miejsca na skok
- przećwiczyłam wbieganie Kłakowi pod nogi, kiedy stoi na strefie (wyszło całkiem całkiem)
- zapomniałam, że na przeszkodach dwóch po prostej nie woła się psa do siebie, co zaskutkowało rozwaloną fotokomórką.
Ogólnie z przebiegu jestem bardzo zadowolona. Jeszcze trochę za bardzo jestem zachowawcza, ale przyjdzie mam nadzieję i na to czas.
W przypadku Toli oduczam się napierania na nią ciałem przy każdej możliwej okazji. Nie tylko na strefach, ale też na zakrętach i przy trudnych elementach. Moja głowa wychodziła z założenia, że jak się nad Krecią będę schylać i mieć ją przy nogach, to na pewno ciaśniej będzie biegać po torze. I owszem - w miarę ciasno było, momentami tak ciasno, że nie była w stanie się rozpędzić. I zaczynała biec coraz wolniej i wolniej... Porusza się dużo bliżej mnie, niż Kłaczek, więc mam większe pole do popisu w tej kwestii. Mam to prawie, że we krwi. W Warszawie postanowiłam dać jej szansę do pobiegania.
Pierwszy tor tych zawodów. Znów tak strasznie chciałam pomóc Tolasce wejść w slalom, że przedobrzyłam i w ostateczności źle do niego weszła. Jednak ten jumping sprawił mi wielką frajdę - można było poszaleć.
Na koniec, Mistrzami Polski z Tolą nie zostałyśmy, choć byłyśmy blisko. Przed ostatnim torem pojawiła się moja stara znajoma - presyjka (teraz już w zdrobnieniu i z małej litery :)), która podżegała mnie do tego, żebym biegła szybciej i szybciej i udowadniała nie wiadomo co i komu. Wierzę, że niedługo po prostu uśmiechnę się do niej i pójdę robić swoje.
sobota, 11 września 2010
Mistrzostwa Polski w biegu za psem
Dziś i jutro biorę udział z burkami w Mistrzostwach Polski Agility.
W kondycji jesteśmy niezłej. Cele mamy postawione. Do zrealizowania w sam raz ;)
Trzymajcie mocno kciuki proszę!
A jakby ktoś miał czas i ochotę, to zapraszam na WAT (wojskowa akademia techniczna) do pokibicowania na żywo! Zawody będą trwać do co najmniej 16.
środa, 8 września 2010
Wśród najlepszych
Po raz trzeci w mojej agilitowej karierze dostąpiłam zaszczytu wystartowania na najważniejszych zawodach w "moim" sporcie - na Mistrzostwach Świata Agility. Strasznie, ale to strasznie, mnie to cieszy! I strasznie, ale to strasznie, jestem dumna z Toli i siebie! :)
Kiedy byłam młodsza, każdy kto startował na MŚA, już był dla mnie Mistrzem, Guru. W końcu zakwalifikował się do reprezentacji swojego kraju, czyli musiał być w czołówce co najmniej u siebie. Kiedy startowałyśmy z Tolą w Szwajcarii czułam się jak małe dziecko wśród dorosłych i doświadczonych. Każda osoba, z którą rozmawiałam była dla mnie kimś niezwykłym i godnym naśladowania.
Teraz, po 4 latach od debiutu, patrzę już z trochę większym przymrużeniem oka i jestem spokojniejsza. Jednak dalej zachwycam się wszystkim co tam się dzieje - atmosferą, poziomem, wielkością imprezy i przepychem. Napawam się każdym szczegółem i z zachłannością zapamiętuje każdy występ. I bawię się setnie! Dodatkowo wzrosły morale - już nie uważam siebie za najsłabszego/najmniej doświadczonego zawodnika z w miarę dobrym psem na MŚA. Teraz patrzę na siebie na jako jednego z 300 (mniej więcej) najlepszych zawodników na świecie. Z Tolą. Która jest jednym z 300 (mniej więcej) najlepszych psów na świecie ;) O. I wiem, że stać nas na dużo.
Tak więc proszę uprzejmie i radośnie o dobre myśli i kciuki.
Żebyśmy wykonały z Krecią co najmniej nasz plan minimum! Z uśmiechami na twarzy i pysku!
| A taki oto uroczy obraz znajdzie się w tegorocznym katalogu, dzięki niejakiemu BeBeHowi, któremu jestem za to bardzo wdzięczna :) |
Link do strony Mistrzostw: http://www.agility-wm.de
środa, 9 czerwca 2010
Z wizytą w niebie
Kolejny dzień, kolejne plany, kolejne dyskusje.
Justyna dzielnie studiuje mapy i proponuje trasy, ale ja tylko jęczę. Jęczę, że muszę jechać do Krakowa. Bo mnie zaprasza. Zaprasza na każdy możliwy sposób - zaczyna od plakatów na słupach, idzie przez telewizję i kończy na smsach na mojej komórce. Jednak pogrzeb pary prezydenckiej na Wawelu skutecznie mnie zniechęca do wariackiej zmiany kierunku podróży. Idziemy więc na Połoniny. Po drodze organizujemy jakieś oznakowanie dla naszych czworonogów. Jest kiepska pogoda i lepiej by było, żebyśmy widziały naszych towarzyszy. I przy okazji żeby osoby na tyle szalone, by w taką pogodę ruszać w trasy, również. W kiosku nic poza żółtym sztormiakiem foliowym za 7zł nie ma. Ale bierzemy. Ścinamy trzy paski i robimy gustowne szeleczki dla psów. Zostaje nam góra, więc nie dość, że psy już oznakowane, to jeszcze mamy uroczy sztormiczek. Taki mini mini.
Połonina Caryńska jest piękna. Tylko szkoda, że poza kawałkiem drogi i chmurami wiele więcej nie widzimy. Nie zniechęcone mgłą, siąpieniem, gradem, wszechobecnym błotem (ciekawe, że stuptuty wzięłam jako pierwsze w bagaż, a o drugiej parze spodni nawet nie pomyślałam..) i śniegiem w co poniektórych odcinkach naszej trasy, dzielnie zdobywamy nasz szczyt wielkości Kilimandżaro. Jest wspaniale. Po drodze zaliczamy mały stres związany z rykami nieznanego nam pochodzenia. Po przeczytaniu kilku broszurek w hotelu "Jak omijać niedźwiedzie", nasza pierwsza myśl to oczywiście niedźwiedź. Na szczęście nie spotykamy. Psy też nie. One spotykają tylko kolejne patyki i świetnie się przy tym bawią.
poniedziałek, 17 maja 2010
Gdzie dalej?
O 5 nad ranem w dwie osoby, trzy psy i cztery plecaki wylądowałyśmy w Sanoku. Pojawiło się nieuniknione pytanie - co dalej? Gdzie dalej? Właściwie nie miałyśmy z Justyną większego pojęcia, na jaką miejscowość się kierować. Na szczęście dzień wcześniej pożyczyłam mapę Bieszczad. Lat miała więcej niż ja. Godzina czekania i ruszyłyśmy. Do Ustrzyk Dolnych. Zachciało mi się jednak jeszcze dalej - na sam dół Polski. Po drodze śniadanie pod sklepem i kolejny autokar. Tak trafiłyśmy do Ustrzyk Górnych. I kupiłyśmy mapy z tego roku... A resztę dnia spędziłyśmy na poszukiwaniu noclegu. Bo w Bieszczadach sezon rozpoczyna się w weekend majowy i wszystkie schroniska, zajazdy, ośrodki, ośrodeczki, i tym podobne, mają pokoje w remoncie. Psy też nie ułatwiały zadania. W przypadku księdza, problemem był pitt-bull, co mógłby nasze czterołapne rozszarpać - "A byłoby szkoda". Tak więc na prawdziwie spontaniczny wyjazd z wiarą, że jakoś to przecież będzie, w ludzką bezinteresowność i gościnę, trafiłyśmy do Hotelu Górskiego. Gdzie dostałyśmy pyszny gorący miód pitny na rozgrzewkę. Bieszczady w końcu to ciągłe siąpienie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








